poniedziałek, 15 marca 2010
dwa tygodnie lata w środku zimy
Bo zwykle było tak, że to ja narzekałem na zimę. Inni kontemplowali piękno płatków śniegu, wdychali pełną piersią czyste powietrze w słoneczny mroźny poranek... A ja zakutany w kaptury i rękawice robiłem wszystko, aby się od tego zimna odizolować.
A w tym roku - nie poznaję sam siebie. Odkąd tylko zarezerwowałem bilet do ciepłych krajów, czyli na kilka tygodni przed wyjazdem, od razu innym okiem zacząłem spoglądać na zimę. Teraz od mojego powrotu minął już prawie miesiąc, a ja dalej z uśmiechem odśnieżam codziennie rano samochód, beztrosko taplam się w śniegu i ślizgam na nierównych chodnikach.
Mówię wam, takie naładowanie wewnętrznych akumulatorków w środku zimy jest bezcenne. Kto tylko może, niech już sobie rezerwuje urlop na początek przyszłego roku :-)
sobota, 13 marca 2010
romantyczny wschód słońca z dźwigami
A zaraz potem spojrzałem w prawo i zrobiłem to zdjęcie :-)
czwartek, 11 marca 2010
Różowa linia
poniedziałek, 8 marca 2010
sobota, 6 marca 2010
Girona by night
Polscy turyści nie są zbyt rozmowni, powiedziałbym nawet, że nieco speszeni, że ktoś obcy ich zagaduje na ulicy w ich własnym języku. Snujemy się więc dalej, osobno, mijając się co parę minut w tych ciasnych uliczkach, by wreszcie wspólnie wylądować w ostatnim nocnym autobusie na lotnisko.
Ale przynajmniej już wiem, jak wygląda Girona. Czego nie mogę powiedzieć np. o Bristolu :-)
środa, 3 marca 2010
La vida es un carnaval
Na Wyspy Kanaryjskie jedzie się w środku zimy nie tylko dlatego, że tam temperatura przez całą dobę oscyluje wokół dwudziestu stopni, ale również po to, żeby zobaczyć barwny i szalony latynoski karnawał. Ja miałem podwójne szczęście: w Santa Cruz de Tenerife mogłem obejrzeć najważniejszą paradę karnawałową, Gran Cabalgatę, a w Las Palmas de Gran Canaria... obejrzeć to mało powiedziane :-) W każdym razie obie wyspy uraczyły mnie wspomnieniami szalonymi i niezapomnianymi. Na jednym wpisie się nie skończy :-)
Na zdjęciu powyżej prezentuje się Królowa Karnawału w Santa Cruz. Strój tej pani za nic nie chciał zmieścić się w kadrze - był wielkości sporego warzywniaka i razem ze swoją właścicielką był ciągnięty na specjalnej lawecie. A pani tylko stała, machała, uśmiechała się i sunęła poprzez szpaler rozentuzjazmowanego tłumu. Szaleństwo :-)
No i jeszcze muzyka. Zewsząd mnóstwo muzyki. A zwłaszcza jedna piosenka, którą słychać było wszędzie i która do tej pory chodzi mi po głowie. I po telefonie. "Życie karnawałem jest, a najpiękniej żyć ze śpiewem na ustach". No to proszę bardzo:
poniedziałek, 1 marca 2010
home, snowy home
Mój samolot zanurkował w chmury, po chwili wynurzył się po drugiej stronie, od spodu. Moim oczom ukazały się nieskończone białe połacie pól i łąk - widok wręcz surrealistyczny po spędzeniu dwóch tygodni w klimacie podzwrotnikowym. To jakiś sen - pomyślałem sobie. Nie docierało do mnie, że właśnie wracam do kraju w samym środku zimy. Że krótki rękaw będę musiał odłożyć do szafy na co najmniej dwa miesiące.
I co? Nie minęły trzy dni, a śnieg stopniał, słońce wyszło zza chmur, a temperatura podniosła się znacząco. Mam wrażenie, jakby zły sen minął :-)